czwartek, 6 grudnia 2012

       Bycie sobie sterem, żaglem i żeglarzem to cholernie trudna sprawa. Wiele razy słyszałam, że prowadzenie własnej działalności to rzecz nie łatwa i nastręczająca wiele trudności. Jak to jednak zwykle bywa człowiek naiwnie liczy, że jakoś to będzie i że może akurat w jednak w jego przypadku los będzie bardziej łaskawy. Nic z tego. Jeśli dodatkowo prowadzenie własnej firmy połączyć z regularną pracą na etacie to jak strzelić sobie samemu w łeb. Dzień taki jak dziś utwierdza mnie w tym przekonaniu. 
Istna ekwilibrystyka! Dzieć chorszy więc czekam oto ja na przyjazd mego rodziciela, coby zajął się dzieciem. Do roboty powinnam niby dotrzeć na 7.00. Na szczęście jestem na L4 więc dopuszczam minimalny margines błędu i lekkie spóźnienie.. Zostaje więc zawieźć w pośpiechu klamoty na imprezę, którą zaufani pomocnicy mają poprowadzić w ramach mej osobistej działalności. Dodam, że impreza ważna, a jej powodzenie może zaowocować kolejnymi zleceniami.. I tu oto jakaż niespodzianka... Ludź z polecenia, rzekomo znakomity łyżwiarz z doświadczeniem, okazuje się nieco przereklamowany.. pierwsze primo na łyżwach nie jeździ, po drugie poprzez doświadczenie w pracy z dziećmi rozumie chyba oglądanie kreskówek na cartoon network. Litości!!!! W rezultacie docieram do roboty z 3 godzinnym opóźnieniem., a impreza wisi na włosku.. a więc co pozostaje? Zdalne sterowanie.. i w rezultacie jestem w pracy trochę tu trochę tam.. Na szczęście imprezę ratują pozostali współpracownicy... a w robocie etatowej lekka plaża. Tym razem obyło się bez ofiar. Uff.. Jeśli jednak kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi do głowy pomysł zaufania osobie z polecenia, błagam niech ktoś da mi szturchańca i przypomni dzisiejszy dzień.. Never ever!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz